nie było postanowień noworocznych.
w takim razie postanawiam zadbać o bloga. pisać przynajmniej w połowie tyle, ile myślę na temat seksu.
może powinnam opisywać tu każdy akt płciowy, który mi się przytrafił? monotonie mogłoby być.
miało być o bodźcach. po wielu latach związku z jednym partnerem chyba takowe występować muszą. namiętność narzeczeństwa, żar, to podniecenie na sam widok drugiej osoby, ten żar, on po prostu wygasa. pali się nadal, jednak małym płomieniem. mniejszym.
myślę, że to popularne zjawisko. nie jestem inna, niczym szczególnym nie wyróżniam się spośród ludzi, kobiet. dlatego pewnie zjawisko potrzeby bodźca występuje powszechnie. po latach związku, po latach życia. chyba wtedy, gdy burza hormonów wieku dojrzewania znacznie się uspokaja. a może raczej zaczyna znowu, mijając magiczną 30-kę.
znów dziś obudziłam się napalona i mokra. z ręką między nogami i pupą wpychającą się w M. on spał, jak zwykle o tej porze nocy. miał jednak wzwód. też coś mu się śniło? może moja pupa….
usiadłam na nim, tyłem. pomijając wszelkie gry wstępne i zbędne formalnośc.
chciałam czuć w sobie głeboko jego kutasa. tam dokładnie, w takim miejscu w samym środku, najgłebiej, gdzie musi trafiać, gdy mnie pieprzy. gdy to robi, wystarczy kilka ruchów, abym miała orgazm.
to jest mój punkt, który doprowadza mnie do orgazmu. nie nazywa się.
trzeszczało łóżko.
wstaliśmy. oparłam się o ścianę, złapałam go za posladek i nadałam tępo. wolne, ale głębokie, z mocnym pchnięciem.
takie, jakie lubie najbardziej.
przerwał, założył gumkę. uzywa ich ostatnio, bo uważa, że spowalniają orgazm. gdy mniej czuje, wolniej dochodzi.
nie znoszę gumek. sztuczny, gumowy fiut. ale mają ochronne działanie. to do mnie przemawia.
rżnął mnie tak, jak lubię. skończył, gdy uginały mi się nogi.
gdy wyszedł z sypialni, kończyłam sama.
potrzebowałam rżnięcia. nic więcej. nie orgazmu.
o bodźcach będzie później.